↑ Powrót do Artykuły

Kudłata miłość

To miał być pierwszy pies Marty. Zapragnęła go, kiedy po bolesnym doświadczeniu odwiedziła schronisko dla bezdomnych zwierząt i znalazła w nim Aurę (która nazywała się wtedy Wacha – imię niczym więzienny pseudonim). Zaprzyjaźniły się.

Odwiedzała ją potem jakiś czas, zabierała na spacery. W końcu po przygotowaniach zjawiła się razem ze mną w schronisku, żeby zabrać ją stamtąd na zawsze.

Moja dziewczyna miała po drodze zwierzęta – ostatnio adoptowaną ze sklepu zoologicznego tchórzofretkę, a u rodziców kota. Nigdy jednak nie było w tym gronie psa, choć pozostawała z nimi w stosunkach mocno przyjacielskich. Psy od zawsze były w jej bliskiej rodzinie, z psami dogadywała się i podziwiała je, choć trochę się ich bała. Nie zaznała radości i smutków życia z psem, zwłaszcza od etapu szczeniaka. Najbardziej podobały jej się duże (powiedziałbym klasyczne, wilcze) psy. Rozczulały i śmieszyły ją buldożki czy inne mopsy, ale generalnie z dużym niesmakiem (zupełnie jak ja) poddawała rozwadze temat udziwnionych psów: miniaturek, salonowych zabawek, „odwilczonych”, wybitnie przetworzonych przez człowieka produktów. Najczęściej, przez tego samego człowieka traktowanych potem jak zabawki czy produkty. Poza tym absolutnie nie chciała psa z hodowli, od sprzedawcy. Nie powiem, że nie odradzałem jej przygarnięcia zwierzęcia po przejściach do mieszkania w samym środku miasta. Jestem zdeklarowanym psiarzem, a i generalnie o zwierzętach wiem całkiem sporo.

Odkąd pamiętam w domu rodzinnym były psy. Ostatnio Baron i Budrys – dwa duże, skundlone wilki posiadające zamykany boks z podwójną, ocieploną budą pod dodatkowym dachem. Są w nim tylko na okoliczność gości, obcych, w razie potrzeby. Generalnie posiadają prawo do wolności w obrębie sporej posesji i do tego spacerują z ojcem do lasu obok. Pracujemy, często podróżujemy, poza tym krótko – nigdy nie chcieliśmy trzymać zwierzaka w klatce. Argumentowałem to wszystko dodatkowo „na nie” tym, że zwierzę ze schroniska to loteria – półtoraroczny pies może być nie do ułożenia, okaże się wariatem i zaszczutym dzikusem, będą problemy. Szczerze mówiąc sam nigdy nie miałem adoptowanego psa. Za dzieciaka znalazłem pod garażem młodego kundla. Był i kolejny – jeszcze ślepy szczeniak, wyciągnięty za wino z reklamówki niesionej nad rzeką przez amatora tegoż trunku. Mieszkaliśmy wtedy w bloku, ale zaraz za nim były pola i las – koniec miasta. Pies miał zawsze dużo ruchu, przestrzeni. Barona przejęli rodzice razem z kupionym domem na wsi i podarowali dalsze życie bez łańcucha. Od szczeniaka, przez trzy lata zdołał wybiegać w promieniu 1,5 metra od swojej dziurawej budy okop. Rów z metrowym nasypem. Budrys był wzięty jako szczeniak od rudej wilczycy sąsiada zza płotu, trzy lata temu. Przy całym szacunku dla decyzji Marty i mojej miłości do psów – bałem się, że pochopną decyzją, impulsem w trudnej chwili przepełnionej empatią skomplikujemy życie nam i jeszcze temu zwierzęciu.

Pierwszy pies Marty okaże się przyczyną nieszczęścia i zrazi do gatunku na zawsze. Racjonalnie wmawiałem sobie i Marcie, że to nie jest dobry krok, że nie możemy mieć teraz zwierzaka, a zwłaszcza go adoptować. Marta podzielała większość moich rozterek ale zadecydowała. Nie mogłem się nie zgodzić i pokornie, choć pełen obaw pojechałem z nią do schroniska. I wszelkie czarne chmury odeszły. Topniały stopniowo od chwili kiedy wszedłem na teren klatek.

Ostatni raz byłem w schronisku jakieś 15 lat temu, bodaj w siódmej klasie. Współtworzyłem wtedy Koło Ekologiczne, które zorganizowało szkolną zbiórkę żywności dla zwierząt. Teraz ruszyło mnie jeszcze bardziej. Potężnie. Rusza każdego, kto ma wewnątrz choć minimum uczuć i wrażliwości. Smród i ujadanie przenikają już od progu. W kolejnych klatkach coraz to inne psy – małe, średnie, duże, wielkie. W każdym wieku. W pełni sił i schorowane. Mieszańce i przeróżne rasy. Ufne – garnące się do człowieka przez pręty. Przestraszone – kulące się gdzieś w kącie; obojętne, trzęsące się, pełne pokoju i agresywne. Niektóre są całkowicie nieme. Inne wrzeszczą, wyją, szczekają, piszczą. Wszystkie te różnorakie stworzenia mają natomiast jedną unikalną cechę wspólną: świdrujące człowieka, przerażająco smutne i pełne trwogi oczy. Oczy, które błagają o litość. Twarze przepełnione bólem i żalem, pytające: dlaczego? Takie twarze, które co wrażliwszym nie pozwolą nie płakać. Jeszcze bardziej wrażliwych mogą zmienić na resztę życia. Moment wyboru tego jedynego psa, któremu można podarować wolność i godne życie jest trudny. Przeciętnego człowieka nachodzą specyficzne wyrzuty sumienia, chciałby zabrać ze sobą pół schroniska.

Nasza psica była jedną z tych, które podbiegły. Przez kraty lizała nasze ręce. Znała się już trochę z Martą. Ja zakochałem się w niej od razu.

W późniejszej rozmowie z pracownikami schroniska, którzy również przygarniali do domu psy, potwierdzały się pewne z moich przypuszczeń. Przyznali oni otwarcie, że niektóre z adoptowanych zwierząt były „niegrzeczne”: gryzły ludzi, załatwiały się w domu, demolowały mieszkania, słowem – różne były z nimi przeboje. Po zastanowieniu, na dobrą sprawę – podobne do tych, jakie zdarzają się najbardziej ułożonym, „normalnym” psom, a tym bardziej szczeniakom. Mimo wszystko i niezaprzeczalnie: TE psy są skrzywione i bywają trudnym wyzwaniem. Trzeba mieć tą świadomość wybierając stworzenie ze schroniska, bo nie ma dla niego większej krzywdy niż wybawienie i powrót za kraty zaraz po nim. Zdecydowana jednak większość jest nowym opiekunom niesamowicie i dozgonnie wdzięczna, pełna ufności i radości z nowego życia. Zapewniam – w momencie wyboru tego jedynego z całej sfory coś iskrzy – wyczuwa się wtedy zwierzę, a ono wyczuwa człowieka. Zawieracie swoisty pakt, warto to przeżyć. Mimo tego, że emocji jest aż nadto – wybór jest niemal zawsze podświadomie dojrzały i trafny! Aura po wyjściu z klatki była nieufna – raz tuliła się i cieszyła, a po chwili kuliła i pokazywała zęby. Jednak ostrożnie, powoli zaczęła do nas częściej podchodzić, zwiedzała skołowana pomieszczenia biurowe i magazyny schroniska.

Po podpisaniu umowy adopcyjnej mieliśmy już wychodzić, ale pewna scena zatrzymała nas jeszcze w schronisku. Dwóch młodych mężczyzn wniosło do biura „pod pachy” śliczną, kilkuletnią suczkę średniej wielkości, w typie teriera. Była tak przerażona, że postawiona na ziemi doczołgała się tylko w róg korytarza i skulona zerkała po nas wszystkich obecnych, trzęsąc się. Mężczyźni twierdzili, że ktoś przywiązał ją tej nocy do ich płotu na wsi, a oni nie mogą jej zatrzymać. Dostali ostre pouczenie od pracownika schroniska. Sytuacja o jakiej mówili to przestępstwo – najpierw wzywa się policję i to ona w razie potrzeby prosi o pomoc schronisko. Zasugerował, że ma prawo nie wierzyć w opowieść i podejrzewać mężczyzn o pozbywanie się psa. Oni sami jednak robili raczej wrażenie nie mniej przerażonych i smutnych od teriera z rogu pomieszczenia. Zaoferowali, że mogą zabrać kogoś z pracowników na inspekcję, wywiad środowiskowy wśród sąsiadów. Dramat. Pies oczywiście nie miał żadnego chipa, numeru. Pracownik schroniska spisał dane, a suczkę zamknął w toalecie. Chwilowo tam. Dopadła nas gorzka refleksja, nie jedyna z resztą od czasów schroniska. Nie dawała spokoju przez wiele dni. Jeden za jednego. Wyszliśmy z naszą Wyzwoloną z betonu i krat na śnieg, akurat spadł. Radość i euforia.

Transport psa do domu nie był bezproblemowy. Zapierała się przerażona, nie chciała wsiąść do samochodu, ukąsiła parę razy. Lekko. W końcu wskoczyła na tylne siedzenie i wtuliła się we mnie jak dziecko. Trochę popuściła ze strachu. Przez całą drogę była bardzo niespokojna, zziajana, z walącym sercem nie nadążała za coraz to nowymi obrazami za szybą. Dojechaliśmy, spacer, nowy dom. Obwąchała wszystkie kąty i grzecznie położyła się na wskazanym kocu. Cały czas jednak bacznie obserwowała każdy najmniejszy ruch. Przyszło nam wykąpać psinę pod prysznicem. Tego samego dnia po kilku spacerach i chłonięciu ciszy. Pokazywała kły, ale chyba ostatecznie bała się już ugryźć. Wtulona we mnie trzęsła się z lęku, grzecznie i cierpliwie zniosła kąpiel. Śmierdziała fekaliami i brudem – to bez problemu zmył szampon. Ale cuchnęła również straszliwie zdziczeniem i lękiem – te zapachy, znane już nam ze schroniska zniknęły zupełnie dopiero po kilku dniach. To była chyba kulminacja stresujących przeżyć tamtej soboty. Wytarte do sucha i ułożone na kocu pod kaloryferem, wymęczone zwierzę usnęło dziwnym snem. Przez kilka następnych dni czuwała raczej, odpoczywała niespokojnie, z nie do końca zamkniętymi powiekami, stale gadała i wierzgała łapami przez sen. Każdy kolejny spacer to było dla niej jakieś absolutne, stresogenne novum. Diabelska orgia dźwięków i zapachów. Ominął ją za kratami okres dorastania i poznawania. Teraz musiała szybko nadrabiać, uczyć się nowego terytorium. Zaglądała wszędzie, absurdalnie obszczekiwała różnorakie obiekty, uczyłą się na nowo relacji z innymi psami. Przez długi czas bała się jeżdżących samochodów, niemiłosiernie ciągnęła na smyczy. Jest coraz lepiej. Bywało i dramatycznie i zabawnie. Oparzyła się nawet w swój brązowy nos jak szczenię, bo podeszła za blisko pieca (mamy kaflowe). Bardzo szybko zauważyliśmy, że mimo przygód (coraz rzadszych) na spacerach, Aura zachowuje się jak wychowany pies. Reaguje na imię i komendy, jest bardzo inteligentna, sprytna i po prostu grzeczna. Na smyczy chodzi coraz lepiej, zwłaszcza wcześnie rano i wieczorem, kiedy na ulicy jest spokojnie. Mimo swojej natury małego dzikusa z lasu jest okrzesana i ma dobre maniery: na trawnikach (i chodnikach…) omija odchody jak dama, jest czysta i pełna gracji. Interwencja weterynarza okazała się zbędna: pamiątka ze schroniska – dość zaawansowany kamień nazębny znika w oczach. Piesa sama go sobie czyści, chętnie gryząc kości. Kąsanie jej pozostało i może zostać – oprócz gryzienia swojej zabawki, patyków rzucanych na spacerze i podgryzania palców w trakcie zabawy nic jeszcze w domu nie zniszczyła. Niemal z miejsca poznała zasady współżycia z nami i na dniach pozbyła się chęci dominacji. Nigdy jeszcze nie musieliśmy jej nawet porządniej skarcić. Kwestii fizjologicznych baliśmy się najbardziej, przecież w schronisku psy robią to na beton – jak chcą i kiedy chcą. Z miejsca przyjęła cykl 8-godzinnego snu w nocy i spacerów co 3-4 godziny.

Nabrudziła tylko raz – gdy spaliśmy, coś musiało jej zaszkodzić. Sygnalizowała nawet potrzeby fizjologiczne, również jadąc autem (do którego sama z chęcią wskakiwała i kładła się na tylnym siedzeniu już po trzecim razie). Raz czy dwa ukradła coś ze stołu, pozostawione przez nieuwagę. Potrzebę kontaktu, bliskości zdradzała już po kilkudziesięciu godzinach z nami – zaczęła się tulić, cieszyć na nasz widok, obracać głowę na spacerach, zaczepiać, pragnąć zabawy. Na spacerze, kiedy są ku temu warunki, można śmiało spuścić ją ze smyczy. Nie ucieka, reaguje na zawołanie i natychmiast wraca. Czasem jeszcze hałasuje słysząc najmniejszy ruch na klatce, ale komendy „cisza” i „spokój” już nie są jej obce. Wie, że nie ma wstępu na nasze łóżko. Czasami tylko, kiedy zostaje sama w domu mości sobie na samym jego środku posłanie, a karcona potem za niewłaściwe zachowanie udaje, że nie słyszy…

Zmieniłem nastawienie. Potężne pragnienie pomocy zwierzęciu wzięło górę nad wszystkim. Ludzie żyją z psami w blokach, my w kamienicy. Mimo tej dżungli mamy przecież w pobliżu cztery duże parki, każdy w zasięgu 10-minutowego spaceru. U rodziców raz na dwa dni robiło się obchód po ogrodzie z szufelką i wiaderkiem. W mieście wychodzimy z psem uzbrojeni w woreczki foliowe i papierowe ręczniki. I spacerujemy po tych parkach, względnie do pobliskich toalet dla psów, kiedy nie ma za bardzo czasu. Nasza ulica tonie w psich odchodach. Polacy nie sprzątają po zwierzęciu w mieście, jest to drażliwy temat rzeka, problem z którym każdy z nas, pośrednio lub niestety bezpośrednio boryka się codziennie i wszędzie. Proponuję przypomnieć sobie dosłownie stare powiedzenie o robiących pewne czynności we własnym gnieździe – jest to odpowiedź na przyczyny ale chyba niewiele ona zmieni..?

My bynajmniej swój obywatelski obowiązek sprzątania po zwierzaku spełniamy, to nie jest trudne i uciążliwe. Psina coraz mniej boi się zgiełku miasta, z ufnością i merdającym ogonem podchodzi do ludzi. Nawet jeśli przyjdzie gdzieś wyjechać – zabierzemy ją ze sobą, ostatecznie zostawimy na kilka dni u rodziców. Pierwszy psiak Marty – sterylizowana suka ze schroniska – okazał się wymarzonym początkiem pięknej przygody. Aura robi lawinowe postępy i po nieco ponad dwóch tygodniach nie mamy z nią praktycznie żadnych problemów. Wniosła do domu niesamowicie pozytywną energię, radość i uśmiech. Jest kochana. Zyskaliśmy najbardziej oddaną przyjaciółkę, nazywamy ją czasem „kudłatym workiem na miłość”. Teraz wracam do domu do „moich dziewczyn”. Jedna z nich zawsze i niezmiennie ucieszy się na mój widok. Uczucie, jakim uratowany pies obdarza człowieka jest absolutnie wyjątkowe. To chyba właśnie jest ta prawdziwa miłość i oddanie. Nie zaznałem tego rodzaju ciepła i wdzięczności od żadnego z moich ukochanych psów; może tylko od Barona za spuszczenie z łańcucha. Psy w schronisku są przeróżne, jest ich ogrom.

Każdy ma swoją niepowtarzalną historię, a my możemy napisać jej ciąg dalszy. Można adoptować szczeniaka, który nie odczuł w ogóle tragedii schroniska. Można zabrać zza krat psa młodego, ale takiego który już świadomie cierpi. Albo przygarnąć 12-letniego dziadka, którego pozbyto się pod koniec życia. Takie psy są ułożone, często całe życie spędziły u boku jednego człowieka i pragną jedynie w cieple dożyć nieuchronnego, bliskiego końca. Jeszcze przez chwilę kogoś pokochać. Serdecznie polecam wszystkim niekontrolowaną do końca eksplozję uczuć, lekcję moralności, przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Polecam wizytę w schronisku dla zwierząt. Aura została znaleziona rok temu, błąkająca się w lesie. Miała około 3 miesięcy. Adoptowaliśmy ją 14 stycznia 2012 roku. Jest ładnym, średniej wielkości mieszańcem o wilczej naturze.

1 comment

  1. Rocky

    Witam! Też jestem posiadaczką kochanego pieska, którego adoptowaliśmy 13 lutego 2012 (ktoś go przywiązał do płota przy 15 stopniowym mrozie), mamy nadzieje że będzie z nami długo:-) W sylwestra straciliśmy naszego 14 letniego Juniorka, i nie mogliśmy znieść tej pustki jaką po sobie zostawił, teraz czuję że on odszedł żebyśmy dali domek Rockiemu. Pozdrawiam i życzę wspaniałych chwil ze swoją piesią:-)

Dodaj komentarz