Rodzina Państwa Strzeszyńskich odcinek I

Rodzina Państwa Strzeszyńskich
odcinek I

„Balikowy koszmar”

 

Kiedyś mama powiedziała mi, że największym koszmarem z lat dzieciństwa jej pociech (czyli m.in. moim) były wszelkie baliki przedszkolno -szkolne. W czasach PRL skombinowanie na szybko stroju dla dziecka, które byłoby nie tylko chociaż w miarę oryginalne, ale też i w miarę estetyczne graniczyło z cudem niemal takim jak zdobycie wafelków Prince Polo. Nie było marketów, wypożyczalni dziecięcych przebrań no i– w co trudno dziś uwierzyć- nie było internetu. Pozostawało liczyć na własną inwencję twórczą albo wierzyć, że jakiś sąsiad albo kuzynka coś tam litościwie pożyczy. Moja mama nigdy nie przejawiała zdolności manualnych- jej jedyny repertuar w tym zakresie to od zawsze rysowana i doprowadzona do perfekcji postać kaczorka. Kaczorek towarzyszył mi przez całe dzieciństwo, pojawiał się w pamiętnikach moich i moich kuzynek, ot po prostu: Kaczor Legenda. Teraz bliżej poznaje go Synalek spędzając czas z babcią kiedy dziadek lub ktokolwiek inny nie może plastycznie poratować sytuacji.
Mój tata – wręcz przeciwnie -skrywa niespełniony talent więc zawsze ochoczo rysował, sklejał i kombinował. Z wywiadówek, na które czasem chadzał nie pamiętał nic, ale przynosił gęsto zapełniony zeszycik różnymi wspaniałymi rycerzami, rumakami, samolotami itp. Na moje pytania co też ciekawego mówiła wychowawczyni nie potrafił specjalnie odpowiedzieć, ale za to mógłby spokojnie sklecić przynajmniej jeden numer komiksu w stylu “Ogniem i Mieczem”.
Swoje zdolności mój tata wykorzystywał też przy okazji balików. Pamiętam strój wróżki czyli czarną płachtę ozdobioną gwiazdkami z folii aluminiowej a do tego różdżkę zrobioną z kuchennej kopystki… Pamiętam też strój świnki Piggy. Miałam na sobie cudem gdzieś zdobytą maskę a do niej doczepione włosy ze specjalnej gąbki służącej do….ocieplania okien. To co więc było koszmarem dla mojej mamy dla mojego taty stało się raczej polem do popisu.
Nadszedł ten moment, że i nasz Synalek doczekał się swojego przedszkolnego balu w naszym strzeszyńskim przedszkolu. Okazało się, że sporo wypożyczalni karnawałowych strojów dziecięcych jest w Poznaniu więc myślałam, że taki balik w dzisiejszych czasach to bułka z masłem. Niestety dość szybko z błędu wyprowadził mnie Synalek, który oznajmił po prostu:
-Ja chcę być autobusem!
-Kochanie a może pieskiem?-już go widziałam w futerku z jednej z namierzonych wypożyczalni (najbliższą znalazłam na Wichrowym Wzgórzu, na Strzeszynie jak dotąd nikt nie wpadł na taki biznes)
-No nie!Mówię ci psecież, że chcę być auto-bu-sem!
-A może kotkiem, kowbojem albo piratem?-próbuję dalej już kombinując jak łatwo zrealizować te wizje.
-Nie!Autobusem!- Młody niestety nie pozostawiał mi złudzeń.
Mogłabym oczywiście to zlekceważyć co jak sądzę skończyłoby się buntem, mogłabym postarać się wyperswadować Synalkowi ten pomysł, co na pewno by nie wyszło albo…spróbować cudu.
Moje poszukiwania stroju autobusu-jak łatwo się domyślić- spełzły na niczym. Żadne wypożyczalnie, markety ani nawet Allegro nie oferowały stroju prawdziwego autobusu. Dziwne, prawda?:)Skąd więc Synalkowi zaświtał taki pomysł? I jak go zrealizować? Zaczęliśmy z Panem Strzeszyńskim bacznie przyglądać się znanej nam dobrze linii 64. Od czegoś trzeba zacząć. No tak autobus jaki jest każdy widzi. Jest zielony. Zaczęłam poszukiwania. Bluzka, rajstopki, buciki…wszytko w kolorze agrestu.
-Kochanie, nasz syn nie chce być Kermitem tylko autobusem!-studził mój zapał Pan Strzeszyński.
To była jednak tylko baza…I tak z rozmontowanej znienawidzonej ciężarówki, znalezionego kiedyś gdzieś srebrnego znaku Ikarusa, starych rajstop Młodego, kolorowych samoprzylepnych papierów kupionych w Empiku, tektury i folii wyciętej z pokrowca na pościel w trudzie i znoju, do późnych godzin nocnych zrobiliśmy strój, który spotkał się z uznaniem naszego syna. Niewyspana zaprowadziłam dumne dziecko do przedszkola a tam… większość przedszkolaków wystrojona w gotowe łaszki rodem z supermarketów i wypożyczalni. Synalek wyglądał na ich tle…hmmm trochę jak odmieniec, ale jego zachwyt był…bezcenny:)
Na naszym osiedlu otwarto właśnie kafejkę szyciową więc pewnie co bardziej zdolne mamy wyczarują tam swoim dzieciakom prawdziwe cudeńka. Tylko czy któreś z nich zechce być autobusem? Ja w każdym razie nikomu tego nie życzę.
Pani Strzeszyńska

Dodaj komentarz