Rodzina Państwa Strzeszyńskich – odcinek IV

Rodzina Państwa Strzeszyńskich – życie w odcinkach (cz. IV)
Strzeszyn. To tu na jednej z ulic mieszka rodzina Państwa Strzeszyńskich (On, Ona
i Synalek). Może to Twoi sąsiedzi? Może mijasz ich codziennie w Chacie Polskiej? A może
spotykacie się czasem w poczekalni w Hipokratesie? Może autorka tej opowieści
w odcinkach bacznie Ciebie i Twoją rodzinę obserwuje i to właśnie Was uczyniła głównymi
bohaterami? A może każdy z nas po trochu nimi jest? Może w Rodzinie Strzeszyńskich
każdy odkryje swoje historie? Zapraszamy zatem do opowieści Pani Strzeszyńskiej…

Dryń, dryń zadźwięczał już pierwszy, szkolny dzwonek na Strzeszynie. Młody na razie chodzi do przedszkola więc jako rodzice musimy tylko miesiąc samodzielnie zagospodarować swojemu dziecku. I co tu robić z takim przedszkolakiem kiedy urlop trwa tylko dwa tygodnie? Instytucja dziadków jest wówczas bardzo przydatna, choć
jak to mówi moja mama: Matka musi, a babcia może.

Od sierpnia dziadkowie mogą odpocząć od dość absorbującego wnuka, który ma do nich na
tyle blisko, że uwielbia odwiedzać ich na rowereklamarku, ale pod jednym warunkiem. Absolutnie pod
żadnym pozorem nie można mu powiedzieć, że jazda na rowerze to sport.
- O nie! Ja nie lubię spoltu! – tak od jakiego czasu brzmi jego riposta.
A skąd ta niechęć? Przecież od dzieciństwa wszyscy wmawiają nam, że sport to zdrowie…
Ano wszystko przez pierwszą, młodzieńczą miłość…
Niestety obiekt westchnień mojego syna jest dokładnie w wieku jego matki czyli trąca gerontofilią. Mogę to przełknąć ponieważ obiekt ten bardzo lubię, ale po cichu mam nadzieję, że to uczucie jednak minie i zostanie ulokowane w roczniku powyżej 2000.
Werka – to moja przyjaciółka od lat i jest dość częstym gościem w naszym domu. Synalek za każdym razem ją osacza zadając mnóstwo pytań, opowiadając różne historyjki, zagłuszając a nawet głaszcząc. Ot… miłość. Pewnego lipcowego dnia kiedy wybrał się z Panem Strzeszyńskim na dłuższą wyprawę, zaprosiłam Werkę do siebie. Przyjechała z wielką sportową torbą, nabuzowana pozytywną energią.
- Zaczęłam squacha! – oznajmiła.
Nieco zgłupiałam bo byłam na etapie zachwytu salsą.
- AAA salsa, no też chodzę, ale tylko na solo bo sexy już mi się znudziła.
Nic nie powiedziałam, bo pamiętam dobrze etap jogi, paralotni, żeglarstwa, windsurfingu, ale… wszystko to przeminęło po jednym sezonie. Podobnie jak mąż Werki, któremu podziękowała zanim „stuknęła” im pierwsza rocznica ślubu.
Terapią miał okazać się m.in. kultowy holender wyszperany gdzieś na pchlim targu, odświeżony odpowiednio żeby przyciągał spojrzenia. Holender – dodajmy – na kółkach.
- I jak, Werka? Jak się jeździ do pracy nowym cudeńkiem?
- A na razie stoi na strychu, bo za gorąco…
Na samotne, letnie wieczory Werka znalazła niedawno nowy sposób. Zaczęła nagle gotować.
Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale nie w jej przypadku – Werka od dawna słynie z pustej lodówki, ale za to z niebywałego GPS-a kiedy szuka dobrej knajpy.
- Wiesz, jak inni stali kiedyś w kolejce u Pana Boga po talenty to ja dostałam ten jeden ważny dar. W każdym miejscu na świecie znajdę knajpę, gdzie jest pyszne jedzenie – lubi powtarzać.
- Twój radar smaku wyczuwa coś na Strzeszynie?
- Nie bardzo, ale za to blisko nad Rusałką macie pyszną rybkę. Chodzę tam często na spacery z Gołdim
- A jak Gołdi?- zapytałam ciekawa jak roczny piesek zniósł wyprowadzkę swojego pana.
- Dobrze, ale szukam dla niego dobrego domu, żeby mu było lepiej niż ze mną singielką, której na wszystko brakuje czasu – stwierdziła udając się do łazienki żeby przybrać sqachowe łaszki.
I w tym momencie do domu wparował Strzeszyński z synalkiem.
- O! Ciocia Welka! Ale masz śmieszne spodnie…
- No bo już wychodzę właśnie- wyjaśniła mu Werka
-Nie możesz iść bo zlobisz mi dużą przyklość!
-Muszę iść bo mam squacha…
- A co to jest ta skłosza? – zapytał rozżalony synalek
- Squach to taki sport.
- To ja nie lubię spoltu!
- Eeee, nie mów tak, sport jest fajny. Cioci bardzo pomaga.
- Głupi jest spolt i koniec!- zakomunikował stanowczo Synalek.
Werka popędziła na squacha a ja zaczęłam rozżalonemu czterolatkowi tłumaczyć, że sport to fajna zabawa.
- Pływanie to sport, bieganie to sport, jazda na rowerze to sport… Wszystko to lubisz przecież…
- To nie jest spolt i koniec! Tylko squach to spolt i ja go już nie lubię przez ciocię Welkę bo poszła na suacha i zepsuła mi cały dzień…
Wieczorem jak zwykle już w łóżeczku analizując sprawę sportu stwierdził:
- Sport to jest nic.
- ???
- No bo zelo znaczy nic a zelo dodać zelo lówna się zelo czyli spolt dodać spolt lowna się nic.
Na matematykę w szkole przyjdzie czas, a tymczasem współczuję wszystkim rodzicom dzieci w wieku szkolnym wydatków na szkolną wyprawkę. Zdecydowanie władze oprócz becikowego powinny rozważyć wyprawkowe.
Eeeech, witaj szkoło!

Pani Strzeszyńska